Menu

blogulec

Zapiski leniwego biegacza

Pierwszy półmaraton (PZU Cracovia 4)

zacienty

Czyli o moim pierwszym razie, podłych organizatorach, oraz zegarkach biegowych.

 

Z pierwszym razem było, jak to zwykle z pierwszymi razami bywa: dziewczyna była chętna, a ja wreszcie chciałem mieć to za sobą, aby móc pochwalić się kolegom. Padło zatem na Półmaraton. Nigdy jeszcze nie biegłem takiego dystansu, ale jednak rok tuptania mam już za sobą. Długie wybiegania oscylowały zwykle w okolicach 15 km, więc wiedziałem, że moje pierwsze podejście do zorganizowanego biegu powinno się powieść.

 

Z zapałem neofity stawiliśmy się dzień przed startem po odbiór pakietów, tak aby nie załatwiać tego na ostatnią chwilę przed biegiem. I tu było moje pierwsze zdziwienie, ludzi było mnóstwo, ale gdybym nie wiedział, że wszyscy wpadli na równie durny pomysł przebiegnięcia następnego dnia z górą 20 km, to bym na to nie wpadł: starsze małżeństwa, ciotki z pociotkami, studenci, emeryci. Słowem standard znany z każdej krajowej „Biedry”, chociaż widoczna była nadreprezentacja w kategoriach M30/M40 – wciąż jednak zaskakująco, szeroki przekrój społeczny.

 

Organizacyjnie, wszystko działało sprawnie, szybko więc odebraliśmy nasze niebieskie worki z całym tałatajstwem: koszulka, numer, agrafki (złote!), żel, baton, cukierki i cholera wie co jeszcze.

 

Dzień następny miał być wyjątkowo ciepły jak na połowę października, przywdziałem więc koszulkę i specjalnie na tę okazję zakupione spodenki z mnogimi kieszeniami na żele, co z racji dość skromnego śniadania okazało się być, względnie bystrym pomysłem. Do tego telefon na ramieniu, w celu ustalania nowych rekordów w aplikacji, oraz rozespany wyraz twarzy dopełniały mojej prezencji, jako amatora czynnego wypoczynku.

 

Impreza dość spora, startowało niemal dziewięć tysięcy osób, jednak wszystko było jasno oznaczone, więc droga do depozytu, w którym zrzuciliśmy niepotrzebne klamoty, przebiegła bez większych atrakcji. Z toaletą również nie było problemu, zarówno jeżeli chodzi o moje „dokonania” jak i dostępność. Chociaż ponoć damska cieszyła się znacząco większym oblężeniem, co z wiadomych względów nie szczególnie przypadło do gustu Mojej.

 

Po złożeniu należnego hołdu naturze postanowiliśmy ustawić się w naszej strefie, a z racji że jak już się rzekło był to pierwszy start i pierwsze podejście pod taki dystans - do tego czasu zaliczyłem tylko treningową „osiemnastkę” ze dwa tygodnie wcześniej - to wybraliśmy sobie strefę ostatnią. Bez presji na wynik, tak aby przebiec trasę i zobaczyć jak jest i z czym to się je.

 

Zaczęło się! Tak przynajmniej twierdził głos dobywający się z głośników, jednak u nas w ogonku startujących wszyscy dalej stali i rozmawiali o tym komu bardziej się nie chce i w zasadzie po co nam to wszystko, przecież pogoda ładna i można iść na piwo, czy zrobić coś ciekawego. Jednak już po kilku minutach i do nas doszło, że coś się zaczyna dziać, więc leniwą kolejką zaczęliśmy powoli pełznąć ku linii startu.

 

Nasze dopełzanie do początku trasy trwało niemal piętnaście minut, podczas których główną atrakcją była czołówka biegu, która po pętli była już w okolicach 5 km i biegła w przeciwnym kierunku, drugą stroną tej samej drogi na której my wciąż staliśmy. Dane więc nam było popatrzeć jak robią to ludzie, którym zapewne nigdy nie dorównamy i muszę przyznać, że na żywo robi to zdecydowanie większe wrażenie niż mógłby oddać nawet największy, fikuśnie zakrzywiony ekran.

 

Zaczęło się! Tym razem naprawdę, ruszyłem więc nieśpiesznym truchtem, wszak droga daleka, a wrodzone lenistwo nie pozwoliło mi na rozgrzewkę. Okazało się jednak, że w zasadzie wszyscy dookoła mieli odmienne podejście do sprawy i wyrwali się do przodu. Mając jednak w pamięci scenę ze względnie kiepskiej produkcji „Hidalgo” - postanowiłem zaufać Vigo Mortensenowi, nie dałem się ponieść owczemu pędowi i spokojnie tuptałem swoje. W pewnym momencie okazało się, że startując w ostatniej strefie, w zasadzie zamykam cały bieg, wyjąwszy może ze dwie, trzy osoby, do których kategorii wiekowej, jeżeli kiedyś dożyję, to będę naprawdę zdziwiony.

 

Jednak już przed końcem drugiego kilometra moja wiara w Aragorna okazała się być uzasadniona, powoli lecz systematycznie, zacząłem doganiać i wyprzedzać wszystkich którzy mi wcześniej uciekli. Słoneczko zaczynało promieniami dawać znać o swojej obecności, a organizator zaliczył małą wpadkę bo z jakiegoś powodu minęliśmy znacznik 17-ego kilometra, co choć przysporzyło odrobinę radości, miało się jeszcze na mnie okrutnie zemścić.

 

Kilkanaście minut później, gdy powoli kończyłem swoją rozgrzewkę, nieustannie wyprzedzając kolejnych ludzi znów mieliśmy okazję minąć się z czołówką, która już kończyła swój dystans na dzisiejszy dzień.

 

Biegliśmy więc dalej, pogoda była śliczna, na co niestety wiele osób zdawało się być nieprzygotowana i zdecydowanie zbyt grubo ubrana. Dzieciaki przy trasie wystawiały ochoczo ręce i jak za dziećmi zwykle nie przepadam, to te którym przybiłem piątaka z pewnością wyjdą na ludzi, bo dobrze im z oczu patrzyło.

 

Na punktach rozdawano: wodę, izotoniki, banany, a nawet czekoladę, co szczególnie ucieszyło Moją, do tego stopnia, że powziąłem podejrzenia jakoby planowała ukończyć bieg z dodatnim bilansem kalorycznym.

 

Biegliśmy więc dalej, zwiększając tempo coraz bardziej i trochę przeklinając wybór ostatniej strefy startowej. Na dłuższą metę wyprzedzanie wszystkich, choć niewątpliwie pozytywnie wpływa na poczucie własnej wartości, jest jednak męczące: trasa nie zawsze jest wystarczająco szeroka, biegnie się zatem zygzakiem między ludźmi, aby móc utrzymać odpowiednie tempo, jednak o właściwym złapaniu „rytmu” nie ma mowy.

 

Wszystko miało się ku końcowi, niestety nie posiadając zegarka biegowego, biegłem jedynie z aplikacją na telefonie, która postanowiła się wyłączyć z jakiegoś powodu, szlag zatem trafił nowe rekordy. Jednak z tego gdzie byliśmy i z tego co zasłyszałem na trasie mieliśmy przed sobą jakieś 3 km, a że czułem się świetnie, to nie pozostało nic innego jak tylko podkręcić obroty w trosce o dobry wynik.

 

Okazało się, że pozostało nam krztynkę więcej niż 3 km, po dłuższym czasie biegnięcia tempem, które dla mnie wcale nie było luźne i pozwalające na swobodną konwersację, dotarłem do znacznika obwieszczającego dumnie o 4-tym kilometrze trasy.

 

Dlaczego? Cóż nie jestem pewien dokładnie co się stało, ale mam dość poważne przypuszczenie, że oznaczenia trasy poustawiano, przynajmniej w pewnych miejscach po niewłaściwych stronach ulicy. Może to być również związane z tym, że gdy „zawodowcy” ukończyli swój bieg, część trasy zwężono, aby uruchomić chociaż część pasów ruchu.

 

Niezależnie od tego jak to się stało, zostałem ledwo żywy z jakimiś czterema kilometrami do końca, cóż było robić? Biegłem dalej, klnąc w duchu i z utęsknieniem wypatrując stadionu, na którym miała znajdować się meta.

 

Tak to już tu, ujrzałem najpiękniejszy widok na świecie: Krakowską Arenę na której znajdowała się moja najukochańsza linia mety. Niestety, nie mogłem sobie ot tak po prostu do niej pobiec, ponieważ organizator, z pewnością sadysta czerpiący radość z ludzkiego cierpienia ustalił trasę w sposób, który zapętlał ją przy samej Arenie i robił nawrotkę, aby wreszcie doprowadzić do końca.

 

Zapewne każdy się zgodzi, że nie ma gorszego uczucia na świecie niż widok tego co w życiu najważniejsze, gdy znajduje się tak blisko, że praktycznie można schwycić to w ręce, a jednocześnie jest tak dalekie i niedostępne. Ostatnie dwa, czy trzy kilometry ciągnęły się godzinami, po lewej mijałem ludzi którzy już przebiegli pętle i spokojnie zdążali ku mecie, ja natomiast dalej musiałem zmuszać nogi do ruchu, tylko po to by potem zawrócić i dobiec do celu który był już przecież tak blisko.

 

Tortura była to tak wielka, że wielu ludzi padało porażonych potwornością tego okrutnego rozplanowania trasy, co organizatorzy próbowali później zatuszować mówiąc o przegrzaniach, spowodowanych niespodziewanie gorącym dniem, ja jednak znam prawdę.

 

Ostatecznie dobiegłem do mety, nogi na chwilę się pode mną ugięły, lecz nie padłem. Dotarłem po medal i po picie, odebrałem depozyt, siadłem na trawie i już wiedziałem, że będę musiał to powtórzyć, ale wcześniej chyba będę musiał zainwestować w zegarek biegowy ;)

 

 

© blogulec
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci